wtorek, 2 czerwiec 2009

029. Dlaczego Kościół katolicki nie praktykuje ubóstwa?

Jednym z najczęściej wysuwanych zarzutów wobec Kościoła katolickiego jest zarzut dzierżenia zbyt wielkiego bogactwa. A przecież Kościół powinien dbać o zbawienie dusz swoich owieczek. Dlaczego więc te wszystkie złote kielichy, pozłacane ramy obrazów, pomniki i rzeźby z cennego kruszcu - przepych, nalanie bogactwem? Przecież to kłóci się ze słowami Jezusa Chrystusa, który nakazywał pozbyć się wszystkiego i iść za Nim. Są ludzie, którzy z tego powodu odchodzą od Kościoła i hołdują modnemu ostatnio, acz bzdurnemu hasłu: Bóg - tak; Kościół - nie. Czy da się uzasadnić takie postępowanie Kościoła?

Jest to niewątpliwie jeden z paradoksów katolicyzmu: bogactwo i ubóstwo. O tym i innych paradoksach, które dla niektórych są nie do pogodzenia, pisze ks. Robert Hugh Benson w książce pt. Paradoksy katolicyzmu. Ja w tym wpisie zajmę się jedynie tym, co nakreśliłem w nagłówku. Na samym początku warto zauważyć, że takie same zarzuty, jakie obecnie są wyciągane, by zaatakować Kościół katolicki, wykorzystywano dwa tysiące lat temu, by zaatakować Jezusa Chrystusa. Wystarczy sięgnąć do Pisma Świętego. Jak pisze ks. Benson, były to zarzuty: a to, że Chrystus dawał ludziom ziemski chleb, z drugiej strony - ofiarowywał chleb niebieski; a to, że troszczył się o ludzkie ciała (mamy przecież mnóstwo uzdrowień), z drugiej strony - nakazywał swoim uczniom poświęcić wszystko, co czyni życie cielesne wartościowym; a to, że siedział przy posiłku w domu bogacza, z drugiej strony - dobrowolnie głodował na pustyni. Nie można powiedzieć, że Chrystus nakazywał tylko i wyłącznie ubóstwo i rezygnację z dóbr materialnych.

Cokolwiek Pan Jezus robił, świat ówczesny uważał, że postępuje niewłaściwie. A to uzdrawiał w szabat, a to pozwolił uczniom rozcierać zboże w dłoniach. Warto także przytoczyć fragment z Biblii o namaszczeniu w Betanii:
Gdy Jezus przebywał w Betanii, w domu Szymona Trędowatego, podeszła do Niego kobieta z alabastrowym flakonikiem drogiego olejku i wylała Mu olejek na głowę, gdy spoczywał przy stole. Widząc to, uczniowie oburzali się, mówiąc: "Na co takie marnotrawstwo? Przecież można było drogo to sprzedać i rozdać ubogim". Lecz Jezus zauważył to i rzekł do nich: "Czemu sprawiacie przykrość tej kobiecie? Dobry uczynek spełniła względem Mnie. Albowiem zawsze ubogich macie u siebie, lecz Mnie nie zawsze macie. Wylewając ten olejek na moje ciało, na mój pogrzeb to uczyniła. Zaprawdę, powiadam wam: Gdziekolwiek po całym świecie głosić będą tę Ewangelię, będą również opowiadać na jej pamiątkę to, co uczyniła". (Mt 26,6-13)
Zgodnie z poglądem tych krytyków, którzy uważają, że bogactwo w Kościele to coś niedobrego, Chrystus powinien solidnie ochrzanić niewiastę lub przynajmniej pogrozić palcem celem jej rychłego upomnienia, a następnie nakazać jej sprzedać olejek i pieniądze rozdać ubogim, jak chcieli Jego oburzeni uczniowie. Nie wiem, jak Wam, drodzy Czytelnicy, ale dla mnie ta scena żywo przypomina to, co dzieje się we współczesnym świecie: Jazgot i wrzask krytykantów podnoszą się zawsze, gdy Kościół korzysta z bogactwa materialnego. To tylko pokazuje, że cokolwiek zarzuca się obecnie Kościołowi, kiedyś zarzucano Chrystusowi. A to, z kolei, dowodzi słuszności drogi, którą idzie Kościół.

Jak zostało powiedziane w Piśmie Świętym, nigdy nie można służyć i Bogu, i mamonie, jednak można sprawić, by mamona służyła Kościołowi oraz Bogu. Kościół jest umieszczony przez Boga w świecie ludzkim, materialnym, więc używa rzeczy, którymi dobry Pan Bóg obdarzył świat. A jak wiemy - wszystko, co Bóg stworzył, jest dobre (Rdz 1,31). Dla Kościoła zawsze sfera duchowa człowieka będzie ważniejsza niż świat materialny, więc jeżeli trzeba dokonać wyboru, to możliwość jest tylko jedna.

Na problem można spojrzeć jeszcze z innej strony. I tu kieruję swoje słowa głównie do panów: Panowie, każdy z nas zapewne chciałby, by jego kobieta wyglądała przepięknie. Dlatego chłopak kupując kwiaty dziewczynie, nie patrzy specjalnie na kwotę, jaką wyda. Perfumy dla niej także muszą być najwyższej marki (nieważne, że kosztują krocie). Suknia, naszyjnik - gdybyśmy tylko mieli odpowiednie pieniądze, wykupilibyśmy dla swojej dziewczyny najpiękniejsze ciuchy i ozdoby, jakie tylko byłyby w sklepie. I teraz, panowie, odpowiedzcie na pytanie: Skoro słuszne jest umieszczenie diamentów wokół kobiecej szyi, to ileż bardziej słuszne jest przyozdobienie nimi kielicha, w którym znajduje się krew Boga? Kościół jest majestatem Boga na ziemi, więc ma prawo do wszystkiego, co ziemia może dać.

Jest jeszcze jeden powód, by ów "przepych", tak przeszkadzający wielu, można było uznać za uzasadniony: Mnie osobiście łatwiej byłoby odczuć potęgę mocy Bożej w ogromnej katedrze, przyozdobionej pięknymi rzeźbami, z bogato wystrojonym ołtarzem i dostojnymi obrazami w złotych, masywnych ramach, niż w byle jakim pokoiku, gdzie ani krzyża, ani obrazka nie uświadczysz. W takiej katedrze człowiekowi kolana same się uginają, ręce składają do modlitwy, a myśli krążą wokół Boskiego piękna. Modlitwa i spotkanie ze Stwórcą stają się wtedy czymś, co trudniej byłoby osiągnąć w domu, nawet przed zwykłym obrazkiem z Jezusem Chrystusem. Jeżeli nie mamy pod ręką takiej katedry, wtedy musimy korzystać z tego, co mamy, ale jeżeli jest możliwość skorzystania z pięknych rzeczy materialnych, by podkreślić Boską godność, to dlaczego tego nie czynić?

Jeżeli natomiast ktoś to uznaje, ale jednocześnie mówi, że Kościół nie powinien tak bardzo przyozdabiać się w dobra luksusowe, gdy na świecie istnieje tyle biedy i ubóstwa, to znaczy, że nie zdaje sobie tak naprawdę sprawy, co i o czym mówi. A mówi o instytucji, która, jeżeli chodzi o płaszczyznę charytatywną, na przestrzeni dwudziestu wieków zrobiła dla człowieka więcej niż prawdopodobnie wszystkie inne instytucje razem wzięte. Warto to przemyśleć i wziąć pod uwagę przy wydawaniu łatwych, prostych i chwytliwych sądów.

czwartek, 28 maj 2009

028. Dlaczego wybrałem chrześcijaństwo?

Niejeden ateista lub agnostyk, chcąc uchodzić za człowieka o otwartym umyśle, mówi: Nie mogę wybrać chrześcijaństwa dlatego, że nie wiem, czy jest prawdziwe. Nie wiem, czy prawda nie leży w innej religii. Trzeba najpierw zapoznać się z wszystkimi możliwościami i wtedy dopiero wybrać dla siebie najwłaściwszą. To nawet, przyznaję sam, sprawia intelektualne pozory uczciwości. Z tego powodu takich mądrali śmieszą ludzie, którzy od urodzenia są chrześcijanami i nawet przez myśl nie przejdzie im zastanowić się nad tym, czy może przypadkiem prawda nie leży gdzie indziej.

Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego jestem chrześcijaninem, a nie np. muzułmaninem, żydem, buddystą, hinduistą, rastafarianinem, to odpowiedziałbym w ten sposób: Dla mnie chrześcijaństwo, chociażby jako sam system filozoficzno-etyczny (chrześcijaństwo oczywiście jest czymś więcej, ale na moment sprowadźmy je jedynie do czegoś takiego), to coś, co całkowicie mnie zadowala. Fizycznie i duchowo. Każdy jego element, w który się zagłębiam, odsłania przede mną głęboki sens i im bardziej jestem człowiekiem samodzielnie myślącym i dążącym do poznania sensu wszystkiego, tym bardziej staję się chrześcijaninem. To właśnie ta religia w stu procentach wyczerpuje moje oczekiwania, potrzeby, nadzieje i duchowe pożądania. Nie odczuwam żadnego niedosytu czy poczucia, że to jednak nie to, że chciałbym pójść w inną stronę. Chrześcijaństwo daje mi wszystko, co potrzebne.

Doskonałym porównaniem niech będzie tu matematyka. Gdy mamy do rozwiązania równanie: x+2=5, to jeżeli dojdziemy do tego, że x=3, nie potrzebujemy sprawdzać pozostałych cyfr. Po prostu wiemy, że wynik taki jest prawidłowy i mamy odpowiedź. Moglibyśmy próbować z innymi liczbami, ale czy to miałoby jakiś sens? Chrześcijaństwo jest taką trójką w równaniu mojego życia.

A gdyby kogoś taka odpowiedź nie usatysfakcjonowała, to mam jeszcze inne porównanie. Ktoś może zapytać: Czy wiesz coś na temat innych religii? Czy możesz uczciwie powiedzieć, że prawda jest właśnie w chrześcijaństwie, a nie np. w konfuncjanizmie? Czy jesteś w stanie powiedzieć, dlaczego inne, konkretne religie nie są prawdziwe? Przecież mogłoby się okazać, że to w innym miejscu odnalazłbyś spełnienie dużo większe i odpowiedzi bardziej celne niż w chrześcijaństwie.

Takim ludziom gotów jestem z miejsca odpowiedzieć pytaniem: Czy masz dziewczynę? Zakładając, że ma, pytałbym dalej: Czy uważasz, że to ta jedna jedyna? Zakładając, że padnie odpowiedź twierdząca, pytałbym dalej: A czy poznałeś już wszystkie dziewczyny świata, by móc tak powiedzieć o swojej obecnej dziewczynie? Przecież znasz niewielki nawet nie procent, ale ułamek promila dziewczyn, jakie w tej chwili chodzą po planecie, a jesteś w stanie resztę życia spędzić właśnie z tą a nie inną dziewczyną...

Jest więc odpowiedź: niektóre rzeczy się czuje całym sobą, choć, z pewnego punktu widzenia (ale tylko pewnego...), nie jesteśmy uprawnieni do wypowiadania się w taki właśnie sposób, bo nie mamy odpowiedniej ilości danych, z których moglibyśmy wyciągnąć rozsądne wnioski. Gdyby tak podchodzić do wszystkiego, to życie stałoby się niemożliwie uciążliwe.

Poza tym, podkreślam, chrześcijaństwo jest taką trójką w równaniu mojego życia i ja nie potrzebuję sprawdzania innych liczb, by mieć pewność.

sobota, 14 marzec 2009

027. Co jest ważniejsze: miłość czy dobry seks?

Znamy wszyscy powiedzenie, że jeżeli jest miłość, to wszystko inne jakoś się ułoży. Mnie się wydaje, że w czasach, które przyszło nam obserwować tu i teraz, powiedzenie to zostało zmienione. Zamiast miłości mamy dziś pozytywne wrażenia ze współżycia, które, co za chwilę będę starał się pokazać, zajęły najważniejsze miejsce w budowaniu związków. Dawniej fundamentem małżeństwa była miłość, obecnie - dobry seks.

Dlaczego ludzie chcą się sprawdzić w łóżku, zanim zawrą związek małżeński? Przyjrzę się powodom i spróbuję na nie odpowiedzieć. Spróbuję też pokazać, że szczerość i konsekwencja w poglądach powinna zmusić osoby uznające "sprawdzenie się" przed ślubem do stwierdzenia: "nie miłość jest najważniejsza, lecz dobry seks; jeżeli w łóżku będzie dobrze, to wszystko inne jakoś się ułoży".

Chyba najsilniejszy i najczęściej pojawiający się argument brzmi: Jeżeli młodzi ludzie sprawdzą się przed ślubem (czyt. pójdą z sobą do łóżka), to będą wiedzieć, czy pod tym względem do siebie pasują, a zatem jak zawrą związek małżeński, to jest mniejsze prawdopodobieństwo, że się rozwiodą. To brzmi nawet logicznie - w końcu nikt nie chce kupować kota w worku. A jeżeli dzięki temu ma być mniej skłóconych małżeństw i rozwodów w przyszłości, to może powinniśmy to zaakceptować...

Jednak nie tak szybko - od razu widzimy, że w tym przypadku miłość nie jest najważniejsza przy zawieraniu małżeństwa. Wyobraźmy sobie parę, która się bardzo kocha, nie współżyjąc ze sobą - biorą ślub. Wtedy powiemy, że rzeczywiście biorą ten ślub z miłości. A teraz wyobraźmy sobie parę, która się bardzo kocha i współżyje ze sobą - i od jakości tego współżycia uzależnia, czy weźmie ślub, czy też nie. A zatem to nie miłość jest najważniejsza. Najważniejsze jest współżycie, które o wszystkim decyduje, to ono ma decydujący głos - będzie nam ze sobą dobrze w łóżku, weźmiemy ślub; nie będziemy się w łóżku "dogadywać", rozejdziemy się prędzej czy później, więc lepiej nawet nie bierzmy ślubu. A to, że się kochaliśmy... Zapomnimy. Zatem dla zwolenników tego argumentu to nie miłość jest spoiwem dwojga ludzi, ale udany seks.

Tacy ludzie mają jeszcze jeden twardy orzech do zgryzienia. Jak wytłumaczą fakt, że na Zachodzie, czyli w świecie, gdzie wspólne mieszkanie i współżycie przed ślubem jest czymś oczywistym, rozwodów przybywa zamiast ubywać? Tam przecież młodzi sprawdzają się już ze wszystkich stron, więc wydaje się, że przysięgając sobie miłość i wierność, taka przysięga nienaruszona wytrzyma do samego końca. Przecież jeżeli ten argument jest prawdziwy, to rozwodów powinno być mniej, a nie więcej. Powodów lawinowo rosnącej liczby rozbitych rodzin zapewne jest wiele, ale czy to nie jest jeden z nich? Gdyby ten argument był chociaż w części prawdziwy, to zachodni, pogański pogląd na małżeństwo mógłby poważnie zagrozić katolickiemu.

Jednak raczej jest całkowicie odwrotnie. To m.in. współżycie przed ślubem sprawia, że w konsekwencji, mimo iż sama liczba zawieranych małżeństw spada, liczba rozwodów rośnie jak na drożdżach. Nie jest to przyczyna bezpośrednia, dlatego na pierwszy rzut oka nie widać powiązania. Nakreślmy na szybko, jak wygląda sprawa relacji mężczyzna-kobieta w oczach współczesnego nastolatka: Mieszkać ze sobą można bez zawierania małżeństwa, uprawiać seks można bez miłości i bez zawierania małżeństwa, dziecko można urodzić i wychowywać bez zawierania małżeństwa. I taki młody człowiek widzi to i pyta: Po co w takim razie jest małżeństwo? Odpowiedź dostaje od razu: Małżeństwo to taka niewolnicza instytucja; przeszkadza w rozejściu się, gdy dwoje ludzi przestanie się dogadywać; tworzy jakieś problemy prawne i trzeba biegać po sądach, i urzędach. Skoro odrywa się sferę seksualności człowieka od małżeństwa, twierdząc, że to pierwsze można pielęgnować bez drugiego, to proszę się nie dziwić, że małżeństwo jest jak wrzód na tyłku, z którego żadnego pożytku, jedynie problemy i komplikacje.

Kolejny powód, dla którego seks przed ślubem niekorzystnie oddziałuje na małżeństwo, jest taki, że gdy raz zdecydujemy się pójść do łóżka, pozbywamy się pewnej bariery, zabezpieczającej nas przed seksem bez sakramentu małżeństwa. Idąc nie odśnieżoną ścieżką, za pierwszym razem jest trudno. Potem za każdym kolejnym razem będzie łatwiej, chyba że zdamy sobie sprawę z niszczycielskiego wpływu, jakiemu się poddajemy. Jeżeli raz prześpimy się nie z żoną/mężem, to usuniemy pewien hamulec, który nas może powstrzymać przed zdradą małżeńską, bo to także sypianie z kimś bez ślubu. Oczywiście to nie jest tak, że jeżeli sypiamy ze sobą przed ślubem, to po ślubie na pewno będziemy się zdradzać, a jeżeli seks występuje dopiero po ślubie, to na pewno nikt nikogo nie zdradzi. Przestrzegam przed popadaniem w skrajności. Po prostu przecięta zostanie jedna niteczka (a czasami wręcz lina), która być może dałaby radę nas utrzymać w wierności, gdy w przyszłości pojawi się okazja skoku w bok.

Można się śmiać z nauki Kościoła, ale Kościół bardzo dobrze wie, co robi, zabraniając ludziom pozamałżeńskich stosunków seksualnych. W tym konflikcie tradycji z postępem, jaki odbywa się w sferze seksualnej, nie ma niczego gorszego, niż dać się ponieść uszczęśliwiającej wizji pełnego orgazmów życia bez duszących, krępujących, zacofanych i staroświeckich zasad. Kościół katolicki istnieje już wieki i nie wymyślił tych zasad bezpodstawnie.