| Image via Wikipedia |
Czasem zdarza się, że ktoś, kto nie chodzi do kościoła na Mszę świętą, próbuje to usprawiedliwić takim oto argumentem: „Nie chodzę do kościoła, bo gdy kiedyś chodziłem, to widziałem wiele hipokryzji wśród rzekomych katolików, nie czułem, by chodzenie na Mszę jakkolwiek komukolwiek pomagało, także mnie nie pomagało. Nie spotkałem tam Boga, tylko obłudę i fałsz. Dlatego już tam nie chodzę”. Powiem szczerze, bez owijania w bawełnę – jest to najgłupsze wytłumaczenie się z niechodzenia do kościoła, jakie kiedykolwiek ktoś był w stanie wymyślić. Potem zazwyczaj pojawia się jakaś mglista wizja Boga, który „jest wszędzie”, a zatem „można iść do lasu, żeby się z Nim spotkać”. Daj Boże, żeby ci ludzie naprawdę poszli do tego lasu z chęcią spotkania z Bogiem.
Ja również miałem i mam problemy z chodzeniem na Mszę świętą. Opuszczałem ją z wielu powodów – z lenistwa najczęściej, bo akurat miałem ciekawsze rzeczy na głowie itp. Za każdym razem z tego się spowiadałem i żałowałem. Jednak nigdy, przenigdy nawet mi do głowy nie przyszło, by swoje lenistwo tłumaczyć zachowaniem innych ludzi, bo tym właśnie jest ten argument – zrzuceniem odpowiedzialności z siebie na cały świat, bo to inni są winni, nie ja.
Brutalnie powiedziane? Być może, ale zaraz wykażę, dlaczego tak uważam. Wobec tego argumentu zarzutów mam pięć, więc pozwolę je sobie wypisać w punktach:
- Argument ten wygląda na próbę wykazania, ile to nieprawości jest w Kościele, a przecież nie powinno jej być, co ma tenże Kościół dyskredytować. Ja powiem tak – jeżeli ktoś zamierza udowadniać, że kościół – lub Kościół – pełen jest grzeszników, to daremny jego trud. To jest powszechnie wiadome, bo Kościół katolicki jest świętym Kościołem grzesznych ludzi, i nikt nigdy niczego innego nie twierdził. Tak jak szpital nie jest dla zdrowych, tak Kościół nie jest dla bezgrzesznych. Stąd jeżeli ktoś ma nadzieję być otoczonym samymi aniołami w czasie Mszy świętej, to przykro mi, ale w tym życiu jego potrzeba zaspokojona nie będzie. Być może powinniśmy być lepsi – zgadzam się, ale tu odsyłam do poprzedniego wpisu. Pisałem tam o ocenianiu i o porównywaniu się z innymi. Widzimy człowieka, który idzie do kościoła i przeklina – nie podoba nam się to, jak najbardziej słusznie, ale może gdyby nie chodził do kościoła, to pobiłby żonę? Widzimy człowieka idącego na Mszę i wiemy o nim, że oszukuje państwo w podatkach, ale może gdyby nie chodził na Mszę, to ściągałby też haracze? Zastanówmy się, zanim nazwiemy kogoś obłudnikiem czy hipokrytą, bo widzimy jedynie śmiesznie mały fragment jego życia, a nasza opinia dotyczy całej jego osoby.
- Głupotę tego argumentu można także wykazać za pomocą pewnej sceny: Proszę wyobrazić sobie grupę studentów, moich koleżanek i kolegów, czekających na zajęcia. Podchodzę do nich i mówię: „Słuchajcie, rzucam studia”. Na ich twarzach maluje się zdziwienie, padają więc pytania: „Co się stało?”, „Skąd taka decyzja?”, a ja na to: „Ostatnio było kolokwium i połowa naszego roku dostała 2, a reszta naciągane 3. W ogóle nie czytacie książek, które są zadawane na zajęciach, nie przygotowujecie się na egzaminy, licząc na łut szczęścia lub dobry humor egzaminatora. Zamiast się uczyć – imprezujecie. To zwyczajne ślizganie się, a nie studiowanie. Dlatego rzucam te studia”. Jestem przekonany, że większość – jeżeli nie wszyscy – puknęłaby się w czoło, stwierdzając, że jestem idiotą, jeżeli to naprawdę jest dla mnie powód, by rezygnować ze studiowania. Tymczasem ktoś na poważnie (!) stosuje analogiczny argument, by usprawiedliwić swoje porzucenie Kościoła i niechodzenie na Mszę świętą. Co ciekawe, najczęściej ludzie tacy uważają się za myślących!
- Osoba posługująca się takim argumentem w dodatku sama okazuje się być obłudnikiem! Spójrzcie na jej zachowanie. Przychodzi do kościoła i obserwuje: „Ten facet zamiast skupić się na Mszy, wpatruje się w tyłek dziewczyny stojącej przed nim; ta pani co chwilę rzuca spojrzeniem na boki, by sprawdzić, czy jej znajomi widzą, jaka jest pobożna; tamta dziewczyna, sądząc po twarzy, odleciała myślami gdzieś daleko; tamten chłopak schował się za filarem i ma nadzieję, niezauważony i nieniepokojony, przeczekać całą Mszę; tamte dwie starsze panie nie słuchają księdza, tylko siebie, plotkując już jakieś kilkanaście minut; no i jest ten, co bije żonę – jak on może teraz udawać takiego świętego, to jest niepojęte”. Widzicie to? Ktoś wytyka innym, że nie skupiają się na Mszy, nie uczestniczą w niej, tylko zajmują się mniej lub bardziej niegodziwymi rzeczami, a sam robi dokładnie to samo! Nie uczestniczy we Mszy świętej, tylko wyszukuje grzeszki innych. To jest dopiero obłuda i hipokryzja!
- Teraz napiszę parę słów na temat niespotykania Boga w kościele. Bardzo często się zdarza, że gdy po modlitwie, spowiedzi czy Mszy świętej nie czujemy się lepiej, np. pod względem psychicznym, to uznajemy, że nic nam to nie dało. Dobre uczestnictwo we Mszy to takie, po którym powinno nam być lżej na duszy, powinniśmy być bardziej spokojni. A gdy tak się nie dzieje, to znak, że nie spotkaliśmy Boga. Idziemy na Mszę raz, drugi, dziesiąty, setny i dwusetny… i nic. Nie czujemy się lepiej, nic nas nie cieszy, problemów mamy coraz więcej. Wyciągamy więc wniosek, że nie spotkaliśmy Boga. Czy aby na pewno? Po pierwsze, Pan Bóg to nie jest cukierek, po zjedzeniu którego zrobi nam się w życiu słodko i błogo. Po drugie, to, że Bóg nie przyszedł do nas w takiej postaci, w jakiej chcielibyśmy, nie oznacza, że nie przyszedł wcale. Nie możemy dyktować Chrystusowi warunków: „Słuchaj, chcę Cię spotkać podczas Mszy, ale wiesz… Chcę, żeby zrobiło mi się miło, chcę zapomnieć o problemach, a najlepiej, żeby do głowy wpadł mi pomysł na ich rozwiązanie. Wtedy chodzenie do kościoła będzie miało dla mnie sens”. Można żartobliwie zapytać: „I może jeszcze frytki do tego?”. A po trzecie, może właśnie ten niepokój, który dopada Cię na Mszy świętej, to znak, że Bóg rozpoczął w Twoim życiu wielkie dzieło naprawiania Twojej duszy? Chodzisz do kościoła i Twoje życie się coraz bardziej komplikuje, problemy się nawarstwiają – może tak właśnie przyszedł do Ciebie Bóg? Najpierw musi trochę zamieszać, żeby na wierzch wypłynęło to, co skrywasz głęboko i co przeszkadza Ci pokonywać problemy? Trzeba tylko mniej mówić, mniej krytykować innych, a więcej słuchać.
- Na koniec zostawiłem największy zarzut, który mi przychodzi do głowy, gdy myślę o takim usprawiedliwianiu się z niechodzenia do kościoła. Co właściwie mówi osoba posługująca się nim? Mówi coś takiego: „Ja bym nawet chodził na Mszę, tylko ci ludzie… oni są tacy obłudni, grzeszą, a potem udają świętoszkowatych. Jak tak można? Ja nie umiem siedzieć w ławce obok kogoś takiego. Odczuwam z tego powodu jakiś dyskomfort, ból, nawet obrzydzenie. Ja nie jestem winny, że nie chodzę do kościoła, to wszystko przez tych ludzi”. Nie jest to oczywiście wypowiadane wprost, ale właśnie takie słowa często kryją się pod usprawiedliwieniem, które przedstawiłem na samym początku. No cóż, ktoś, kto się nim posługuje, nieprawdopodobnie grzeszy pychą. Można jedynie zapytać: Jak bardzo trzeba być aroganckim, by uważać się za kogoś lepszego niż osoba, którą się widzi przez parę minut tygodniowo? Ile trzeba mieć w sobie pychy, by stawiać się w roli oceniającego i decydującego, kto jest bliżej Boga czy kto jest większym grzesznikiem? Zamiast przetrzepywać czyjeś sumienia, najlepiej zająć się swoim własnym, bo – i to się tyczy każdego – znaleźć tam można takie grzechy, że gdyby je popełnił kto inny, to czasem bez wahania skazalibyśmy go na piekło.
To tylko pięć powodów, dla których uważam, że usprawiedliwianie się w sposób, jaki zaprezentowałem na początku, jest głupie. Jest czymś oczywistym dla mnie, że to nie jest prawdziwy powód tego, że ktoś nie chodzi na Mszę. Prawdziwe powody są zupełnie inne. Ale my lubimy do swoich ułomności, grzechów dorabiać intelektualną podstawę, by nie czuć się z nimi źle, by je oswoić, by nie musieć z nimi walczyć.
Z tego powodu mam jakąś sympatię, dziwną nieco, dla ludzi, a może raczej – dla szczerości i autentyczności ludzi, którzy stwierdzają po prostu: „Nie chodzę do kościoła, bo szkoda mi tej jednej godziny, w czasie której mogę zrobić tyle ciekawych rzeczy”, albo: „Nie chodzę do kościoła, bo nudzi mnie stanie i słuchanie jakichś bredni wygłaszanych przez faceta w sukience”. A mam do tego pewną sympatię, bo wiem, że ludzie, którzy są prawdziwi i szczerzy w tym, co mówią i robią, dojdą do Boga prędzej czy później. Zakłamani i pyszni – niekoniecznie…

9 komentarze:
Heh, a zła organizacja niedzieli przy dwójce małych dzieci?
To jest mój główny powód, dla którego często mijam kościół zamiast wpaść na godzinkę...
ech...
pzdr
Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem.
Dzięki za trafne przemyślenia.
No tak, zazwyczaj ludzie widzą drzazgę w oku bliźniego, a belki we własnym nie widzą. Niech każdy zajmie się własnym życiem, zamiast oceniać innych. Osądy zostawmy Bogu. Najlepszego! :)
Bardzo trafne :)
Bardzo dobry argument, by nie chodzić do kościoła. Nie wiem czego też chcesz od ludzi, tak to tłumaczących. Są też tacy co nie wierzą w bajki, dlatego do kościoła nie chodzą... bo religii nie wyznają. Po co się męczyć nad takimi wpisami? No tak, katolicka inteligencja.
Dama Kier: To, co chcę od ludzi tak tłumaczących swoje niechodzenie do kościoła, wypisałem dokładnie w pięciu punktach.
Tych, co nie chodzą do kościoła, bo "nie wierzą w bajki", nie tyczył się ten wpis, co najwyżej ostatni akapit.
Proszę więc czytać ze zrozumieniem.
No a pominąłeś przecież tak "ważny" argument, jakim jest hipokryzja księży, którzy są tacy be, mją kochanki, nieślubne dzieci, nie chcą pochować kogoś, kto np. całe życie miał nie po drodze z kościołem i sakramentami..., nie mówiąc już o pazerności "czarnych", bogactwie i faryzejstwie (nakładają na wiernych cieżary, których sami nie dźwigają) ;)o, byłabym zapomniała o pedofilii...
Pozdrawiam
peryklesa
Hipokrytą jest ten, kto mówi jedno i świadomie robi co innego. Jeżeli Ty potrafisz wniknąć w umysły tych księży, którzy nie żyją zgodnie z tym, co mówią, to gratuluję umiejętności czytania w myślach. Wykorzystaj to w jakiś pożyteczniejszy sposób i zrób dla świata coś dobrego.
Zapewne jest paru księży hipokrytów, choć ja nie mam odwagi wskazać drugiego człowieka i tak o nim powiedzieć. A nawet gdyby - podkreślam NAWET GDYBY - większość księży taka była, to co z tego? Jest to dla każdego smutne na pewno, ale i tak nie wynika z tego nic o chodzeniu do kościoła.
Już św. Augustyn pisał, że jak duchowny mówi co innego niż robi, to trzeba przyjmować to, co mówi, a tego, co robi, nie naśladować. I tyle.
Stwierdzenie, że nie pójdę do kościoła, bo ksiądz jest hipokrytą, ma tyle samo sensu co stwierdzenie chłopaka, że nie odwiedzi swojej ukochanej, bo jej ojciec jest hipokrytą. Dla kogo się odwiedza swoją dziewczyną? Dla dziewczyny czy dla jej ojca?
Dla kogo się chodzi do kościoła? Dla Boga czy dla księdza?
Prześlij komentarz